czwartek, 5 maja 2016

Harry

Przystojny, bezczelny, śmiały, słodki, towarzyski. A ja? Głupia, zepsuta, cicha, nie udzielająca się, kujon. A jednak, zakochałam się w nim. Zakochałam się w tym wysokim brunecie, w tych jego pięknych loczkach, w cholernym przystojniaku. Nic dla niego nie znaczę. Jestem tylko cichą koleżanką, z którą nie ma o czym gadać. A jednak, on próbuje. Próbuje przekonać się do mnie, zagadać, nadal być królem na polu bitwy, zwanej potocznie szkołą. Co jakiś czas spisuje ode mnie zadanie domowe, czasami ściąga ode mnie na sprawdzianie. Ale ja wiem, że dla niego to nic nie znaczy. Bo ja jestem zwykłą pryszczatą kujonicą w grubych okularach, ubierającą się jak sześćdziesięciolatka, do tego bez dużych piersi, jakie posiada reszta dziewczyn z klasy. Jednak, pewnego dnia to nie ja go uratowałam przed brakiem zadania czy jedynką ze sprawdzianu, a on mnie. Od czegoś potwornego.
Wracałam właśnie ze szkoły. Naokoło mnie było mnóstwo pięknie wyglądających par, trzymających się za ręce, lub nawet co jakiś czas całujących się. Jedynie na drugiej stronie ulicy szedł jakiś mężczyzna, zupełnie sam, trzymając w ręku coś czarnego i dziwnie błyszczącego. Przyjrzałam się temu czemuś uważnie, ale nie potrafiłam odgadnąć, co to. Nagle mężczyzna spojrzał na mnie, na co szybko się odwróciłam. Po kilku sekundach usłyszałam coś jak wystrzał z pistoletu i poczułam, że tracę równowagę, że coś ciężkiego przygniata mnie do ziemi. Dopiero po jakimś czasie odzyskałam równowagę umysłu. To, co trzymał mężczyzna faktycznie było pistoletem. Możliwe, że jak przyłapał mnie na patrzeniu na broń, strzelił, a jakiś przechodzień to zauważył i rzucił się na mnie, żeby kula nie trafiła. Gdy tylko zdałam sobie z tego sprawę, usłyszałam ponowny strzał, tym razem dużo bliżej. Ale mężczyzna znów nie trafił. Poczułam jedynie, że osoba, która mnie przygniatała do ziemi nagle tak jakby... zwiotczała... Natychmiast zrzuciłam z siebie ciężar, wstałam i z całej siły kopnęłam niedoszłego mordercę w krocze. Ten wywrócił się, jęcząc z bólu, a ja spojrzałam na mojego bohatera i zobaczyłam Harrego! Tego, w którym skrycie się podkochiwałam! Nagle jednak zrozumiałam coś strasznego. Ten facet, który zwijał się z bólu na ziemi wcalenie był niedoszłym mordercą. Udało mu się.
Upadłam na kolana i przewróciłam Stylesa na plecy. Jego zielone oczy straciły blask, były zupełnie puste, a na piersi znajdowała się nieduża rana. Rana po kuli, która miała trafić mnie. Zaczęłam szlochać, błagać, żeby to nie działo się na prawdę, ale krew, znajdująca się na chodniku tylko potwierdzała to, co widziałam w wyblakłych oczach. Harry Styles uratował mi życie, oddając swoje własne. Był... martwy.

------

Hej! Wiem, dawno mnie nie było, ale no wiecie: nauka. Piszę to na szybko, bo akurat mnie wena dopadła (tak, po dwudziestej drugiej). Także ten, czekam na komentarze i do następnego!

4 komentarze:

  1. Kurcze, weszłam na Twój blog całkowicie przypadkiem i jestem oburzona, iż pod tak świetnym imaginem nie ma żadnego komentarza.
    Tekst wzbudza wiele emocji i nie jest zwyczajny, tak jak te, na które trafiałam dość często. Aczkolwiek nie jest przesadzony, krótko i zwięźle, jednakże niesamowicie. Urzekłaś mnie, życzę Ci więcej pomysłów na imaginy i nie tylko, oraz więcej czasu :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak samo trafiłam na ten blog przypadkiem. Taki świetny imagin a tylko 1 kom ( teraz już dwa ) Kocham Harry'ego i prawie płacze... weny życzę <3 Ana

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak samo trafiłam na ten blog przypadkiem. Taki świetny imagin a tylko 1 kom ( teraz już dwa ) Kocham Harry'ego i prawie płacze... weny życzę <3 Ana

    OdpowiedzUsuń